Odsłona trzecia

Jak zwykle musiało się coś spieprzyć. Bez tego nie da się przeżyć najważniejszego dnia w roku w naszej firmie. No i przychodzimy rano do pracy, a tu system nie działa, telefony nie działają,  główny panel nie działa. Luck pobiegał z telefonem i zaczęło działać. Luck Wspaniały.

Potem był czysty zapieprz. Chwilami ustawiała się do mnie kolejka, a jeszcze ktoś obok o coś pytał.

Gdzieś o 15-tej tradycji stało się zadość i usłyszałam za mną rozmowę telefoniczną krzykaczki:

- Proszę Pana, zaznaczyliśmy na stronie, że dzisiaj nie gwarantujemy….ALE PROSZĘ NA MNIE NIE KRZYCZEĆ!!!

Zawsze trafia na jakiegoś pojebańca, który na nią wrzeszczy, bluzga i wyzywa od oszustów i złodziei.

Wszystkie ekstremalne przypadki stawiających się kontrahentów Luck odsyłał do mnie. Musiałam przekonać dwie panie, że jednak mają doręczyć zamówienie i się nie stawiać. Udało się. Jedna z nich poprztykała się z jedną z małolat. Obydwie zarzucały sobie nawzajem, że druga nie dopuściła jej do głosu. I obydwie miały rację.

Inna pani mi zrobiła awanturę, bo dlaczego inni nie mogą, skoro ona może ? Pani nie bierze pod uwagę tego, że mało kogo stać na zatrudnienie dodatkowych kilku osób do pomocy.

Magiczne pliki Lucka jak zwykle pomogły mi znaleźć mnóstwo informacji i uszczęśliwić kilka osób.

Znów  mieliśmy kilka telefonów od wkurwionych klientów.  Złożyli zamówienia o konkurencji, która się pod nas podszywa i dzwonili z reklamacjami do nas, bo nazwa prawie identyczna. “Prawie” czyni różnicę i zostali odesłani tam, gdzie zamówili, a nam przybyło kilka dowodów do przyszłej sprawy w sądzie.

W końcu centrala się wyłączyła, zapadła cisza i wszystkich wywiało.

Franek podrzucił mi jakąś robotę na jutro i zniknął, pozamykałam wszystko i poszłam na pociąg.  Po chwili po drugiej stronie torów na drodze zatrzymał się Luck, zadzwonił do mnie i mnie zabrał. To miło z jego strony. Po drodze zrobił mi wykład z edukacji kontrahentów.

Jestem zmęczona, a jutro też idę do roboty. Na krócej, bez obiadu, ale jednak do pracy.

Odsłona 2

Franek “ja je ze wsi” zapuścił brodę i wygląda jak garbaty Fidel Castro. No, mi się tak kojarzy.

Przez cały dzień znikały mi pliki, czułam, że ktoś je podbiera. Po południu przyszedł Luck i powiedział, że przyłapał na tym Gadget. Opieprzył ją i kazał jej zająć się czymś innym.

Od wczoraj zastanawialiśmy się, co dostaniemy dzisiaj na obiad. Bar w którym zamawiamy ma stałe menu, dlatego stawiałam na placek albo gulasz z kaszą, głównie dlatego, że często nam go fundują. Jest tani i nie wymaga dużego wysiłku, a przy okazji opędzi się nim dwa dania jednocześnie. Miałam rację. Był gulasz. Ich kuchnia jest tak mało zróżnicowana, że chyba zacznę zapisywać poszczególne dania dnia, żeby wyczuć ich metodę planowania posiłków.

Dominika zamówiła reklamę w telewizji. Mam nadzieję, że zadziała.

Przechwyciliśmy kontrahentkę od konkurencji. Wściekła się na nich, bo nie płacą, nie odbierają telefonów i w ogóle nie ma z nimi kontaktu. Sama się do nas zgłosiła, korzystając z wizytówki przezornie zostawionej kiedyś u niej przez Sławka.

Czuję się zmęczona, chociaż przecież nic nie robiłam, bo co to za robota przez 12 godzin siedzieć przed komputerem ?

Zapieprz

Zaczęło się. Wczoraj było jeszcze nieśmiało, tylko trochę pomagałam bokistkom. Dzisiaj rano złapałam się za głowę widząc ilości zleceń do przerobienia. I tak już będzie do niedzieli.

Niedźwiadek przyszedł do mnie, żebym mu zrobiła jedną drobną rzecz. Przy okazji krzykaczka zaczęła nawijać o jakiejś reklamacji na przesyłkę. Sprzęt był potłuczony i zaczęła robić mu wyrzuty.

- Musiała być źle zapakowana.

- Nie była.

- SKĄD WIESZ?

- BO SAM PAKOWAŁEM!

-NIE KRZYCZ NA MNIE!

-NIE KRZYCZĘ!

-A CO TY SIĘ TAKI NIEDOTYKALSKI ZROBIŁEŚ ??!!

Krótko mówiąc o mało się nie pobili. Kolejna sytuacja dowodząca, że jej stosunki z nim mają charakter wyłącznie osobisty. Ja odebrałam jego zachowanie całkiem inaczej.

***

Kilka dni temu Justine zgłosiła, że jedna kontrahentka jest zablokowana. Sprawdziłam i wyszło na to, że jakiś tymczasowy pracownik beztrosko sobie zawiesił tą współpracę, bo nie wiedział jak wpisać, że pani chce urlop. Junior Blada Twarz albo Bejbi. Dzisiaj on przyszedł do pracy. Przyznał się bez bicia, że to zrobił, bo był przekonany, że tak się robi.

- Wolisz, żebym ci urwała rękę czy nogę ?

Dostał opieprz i zakaz grzebania w statusach kontrahentów.

A jutro wraca Sławek. Już powinien się psychicznie przygotować na opieprz od Lucka.

Jedna pani dostała dwa zlecenia i podniosła krzyk, że już ma dużo i nie da rady. Na pewno kręci coś na boku, trzeba ją przefiltrować. Druga powiedziała, że nie będzie z durnotami jeździć, czyli dała nam do zrozumienia, że zawracamy jej dupę.

A to dopiero pierwszy dzień.

Piwo sobie piję

Już dawno nie piłam zwykłego Żywca. Gdzieś od sąsiada doleciał smród papierosów i poczułam się jak na dyskotece wiejskiej 10 lat temu. Pot, perfumy, papierosy, piwo i rozgrzane upałem ciała. Wszyscy odpieprzeni jak stróż na Boże Ciało, zaduch, tłok i hałas. Dzisiaj już bym tego nie zniosła, męczy mnie to. Wiek robi swoje.

Zostały tylko wspomnienia o ludziach, którzy zostali gdzieś tam, dwa metry pod ziemią, albo na ziemi. To już inni ludzie, wszyscy, oprócz jednego, żonaci dzieciaci. Ogarnęła mnie jakaś nostalgia za utraconą młodością, kiedy się jeździło po pijaku przeładowanym samochodem i robiło tournee po koleżankach.

Pamiętam jak wracaliśmy o piątej nad ranem z pewnego wesela, chyba ostatniego, na którym byliśmy wszyscy razem. Było blisko, więc szliśmy na piechotę, w sierpniu, nad ranem. Było cicho, słońce właśnie wzeszło i czuliśmy się wspaniale.

Potem się wszystko posypało, życie nabrało szaleńczego tempa, a teraz stanęło w miejscu, jakby siła odśrodkowa wyrzuciła mnie z obiegu. Dziwnie się czuję.

A dzisiaj minęło trzy lata, odkąd wszystko się posypało drugi raz. Pamiętam ten dzień, to był piątek, byłam w pracy chyba dopiero drugi czy trzeci dzień. Smsa odczytałam dopiero wieczorem, bo te cholerne komórki padają zawsze w nieodpowiednich momentach.

Nerwy i stresy

Mój kochany czterołap wymaga wizyty u weterynarza. Po konsultacji z wujkiem Google mogę tylko przypuszczać, że to co mu dolega, to może być gruczolak odbytu i prawdopodobnie trzeba będzie up****lić skarbowi jajka. Życie jest okrutne.

Krzykaczka się użera z nauczycielką z pewnego gimnazjum, która uparła się, żeby nie przepuścić jej syna do następnej klasy. I chyba wciąż się łudzi, że jej bachory są dla kogoś ważne i kogoś obchodzą. A swoją drogą toczy z nimi boje o sprzątanie. Roznoszą śmieci i talerze po całym domu. Po tym jak wdepnęła rano w talerz po keczupie, a w pościeli znalazła ogryzek wydała kategoryczny zakaz wchodzenia do jej pokoju. Wątpię, że się nim przejmą.

Po scysjach z bokistkami w trakcie jej ostatniego projektu w firmie panuje nerwowa atmosfera. Patrzą na siebie spode łba i unikają siebie nawzajem. To, że ona miała z nimi przejścia nie znaczy, że powinna nadawać na nie w całej firmie.  Jej złość rozciąga się też na inne osoby kompletnie nie zamieszane w sprawę. Jednym słowem skłóca ze sobą całą firmę. Kiedy jest u nas, nadaje na dół, kiedy pójdzie na dół na pewno obgaduje górę. Dwulicowość i obłuda.

Za dwa miesiące ślub A. Na szczęście dała mi spokój i druhną będzie wąsata Megi. Zgoli wąsy, włoży ekstra kieckę i będzie super druhną.  I jeszcze będzie zadowolona. Ja bym się wykończyła psychicznie stojąc tak na widoku. Sam fakt, że muszę iść na to wesele jest dla mnie torturą psychiczną.

A na obiad zrobiłam młodą kapustę. Niezła wyszła, jak u mamusi.

W planach mam to:

http://mojewypieki.blox.pl/2012/05/Lody-czekoladowo-bananowe-z-Baileys-bez-maszyny.html

Nie mam Baileya i szkoda takiego porządnego likieru na lody, wolę go wypić. Zużyję mu eksperyment likierowy na bazie pomarańczy i kawy. Smakuje dziwnie, mocno kawowo. Będzie dobry:)

Zdjęcia

Wreszcie udało mi się doprowadzić do zgody między czytnikiem kart a Windą i mogłam ściągnąć zdjęcia.  Próbowałam przez USB, ale Winda rzuciła beretem o ziemię i powiedziała ” Pierdolę, nie robię” i ma gdzieś Nikona.

Zdjęcia są z długiego weekendu. Powązki (szkoda, że mieszkam tak daleko od nich, uwielbiam stare cmentarze) i Łazienki. Wycieczka byłaby super, gdyby nie te tłumy ludzi. Z bachorami. W sumie ludzie byliby do zniesienia, gdyby nie te bachory.

Powązkowskie anioły

Grób V. Villas. Jakiś bidny jak na taką gwiazdę.

Metr ode mnie stał drugi paw. Chyba miał dość ludzi z aparatami, którzy go obskoczyli i zdecydowanie odmówił współpracy.

I na koniec fajny robal. Znalazłam go na chodniku pod murem Powązek. Szedł prosto na ulicę i raczej długo nie pożył.

P.S. Już wiem co to za robal. Melolontha Melolontha. Chrabąszcz majowy.

10 współczesnych mitów

1. Dzieciństwo to wolność.

Taa, ciekawe kiedy. Dziecko:

- MUSI chodzić do szkoły, do tej, którą wybiorą mu rodzice, z ludźmi, którzy akurat też tam chodzą, wolne ma wtedy, kiedy są wakacje, czyli w terminie narzuconym odgórnie, nie może tak po prostu wziąć wolnego od szkoły kiedy ma na to ochotę (chyba, że się dogada z rodzicami, bo za wagary zjebka)

- MUSI mieszkać z rodzicami, nie może się wyprowadzić jak go wkurzają, jeśli rodzice się nim nie zajmują trafia do sierocińca, a to średnia przyjemność,

- jest całkowicie zależne od dorosłych, jak mu nie dadzą jeść i go tłuką nie może zbyt dużo na to poradzić,

- nie ma własnych pieniędzy, rodzice mu kupią to czego chce, albo nie,

- nie ma nic do gadania w kwestii decyzji życiowych rodziców,

- nie wolno mu pić, palić, szlajać się po nocach, a filmy i literaturę ma cenzurowaną.

I gdzie tu wolność ?

2. Mleko to zdrowie.

Już o tym kiedyś pisałam. Mleko krowie jest dla cieląt, a nie dla ludzi. Cały ten szum z piciem mleka to tylko kampania reklamowa koncernów mleczarskich, bo tak naprawdę nikogo nie obchodzi zdrowie ludzi i ich bachorów. Byle sprzedać i tyle Koniec kropka.

3.  Współczesne budynki są lepsze jakościowo niż PRL-owskie.

To tak po rozmowie z Texem wczoraj. Mit. Współcześnie buduje się byle jak, byle szybko, byle tanio. Ściany cienkie jak papier, ściany i schody pękają jeszcze zanim developer odda budynek do użytku.  W starych blokach, w których mieszkałam do tej pory ściany były grube, z cegły, a po 40 latach nie ma ani jednego pęknięcia. Fakt, że tynki przypominają fale Dunaju,w każdym kącie rura,  a regał mi odstaje od ściany na 15 cm, ale budowla solidna, w zimie ciepło i nie ma grzyba.

4. Czekolada powoduje zaparcia.

Nie wiem skąd to się wzięło, ale mam całkowicie odmienne doświadczenia. Jak nie mogę to wpieprzam czekoladę. Najważniejsze to nie wychodzić zaraz potem z psem, bo kiedy mi bulgocze w brzuchu i muszę, on akurat jest bardzo zajęty obwąchiwaniem krzaczków, zapiera się i nie chce wracać do domu.

5. Wszystkie stare panny hodują koty.

Nieprawda. Ja mam psa.

6. Panele są zimne i nieprzyjemne w dotyku.

Nie wiem co za debil to wymyślił, chyba jakiś sprzedawca parkietów. Mieszkałam pół życia w mieszaniu z parkietami, ostatni rok w mieszkaniu z panelami i nie widzę żadnej różnicy. Dokładnie żadnej. Panele są nawet lepsze, bo nie ma szpar między deskami, są gładkie i łatwiej je posprzątać. Do tego są dużo tańsze  i układa się je w jeden dzień. W poprzednim mieszkaniu parkiet się porozsychał, poodklejał i niektóre klepki wyciągałam jednym palcem.

7. Mleko i ser od baby pachną i smakują inaczej.

Nie wiem czym ludziom pachną i smakują, ale mnie i mojej matce śmierdzą, chociaż obie większość życia mieszkałyśmy na wsi i miałyśmy krowy. Śmierdzi i tyle. A jak sobie przypomnę jak moja prababka wyławiała ze śmietany na sprzedaż szczury i myszy, a ową śmietanę potem normalnie sprzedawała na targu to mi się niedobrze robi. Nie wierzę, że przez sto lat dużo się zmieniło w tej kwestii. Wolę kupić w kartonie UHT, mleczarnie przynajmniej raz na jakiś czas ktoś kontroluje i obowiązują ich jakieś normy.

8. Siwe włosy trzeba malować.

Niby dlaczego ? Co jest w tym wstydliwego ? Kompletnie nie rozumiem tego nacisku na farbowanie włosów i tekstów, że to oznaka zaniedbania. Ja lubię swoje włosy, wiem, że źle znoszą farbowanie i wolę nosić siwe, ale żywe niż kolorowe spalone siano. W pewnym wieku się siwieje, to naturalny proces, a nie trąd czy syfilis, które trzeba ukrywać. To samo dotyczy panów z zaczeską. Zakrywają łysinę, tak jakby im odbierała poczucie męskości. Znałam kiedyś chłopaka, który w wieku 23 lat był kompletnie łysy, miał z tyłu głowy trochę meszku jak stary dziadek. Do tego miał ostre rysy twarzy i przystojny nie był za grosz, ale miał w sobie coś, co sprawiało, że cholernie mi się podobał. A Kiedy moja matka poznała ojca rodzina namawiała ją na kontynuowanie związku, ale ona nudziła że stary (starszy od niej o 6 lat), że łysy (miał zakola), a jej brat podsumował to krótko :” A na chuj ci włosy???”. I miał świętą rację.

Kiedy byłam w ogólniaku, na ścianie w szatni ktoś napisał “Kiedyś i hipisi będą łysi.” Też prawda.

9. Tłuściochy się pocą i śmierdzą.

Nie spotkałam się z tym. Ile razy widziałam jakiegoś spaślaka nigdy od niego nie waliło, pod pachami nie było mokrych plam. Spotkałam za to kilka przeraźliwie chudych lasek, które miały potwornie smrodliwy pot. Przychodziły do pracy wydezodorowane i pachnące, a w południe już śmierdziały potem.

10. Zrobienie sobie dziecka to remedium na samotność.

Spotkałam się z takimi opiniami. Totalna niedorzeczność. Dziecko będzie z tobą przez pierwsze 14-15 lat. Potem odpływa do swojego świata, a ty zostajesz sam/-a. Na pewno nie będzie przy tobie na starość, kiedy będziesz go potrzebować.Przy najbliższej okazji zarzuci ci jeszcze, że traktujesz go przedmiotowo i zmarnowałaś mu dzieciństwo, bo nie miał ojca/matki.  Już lepszy  jest pies, taniej wychodzi i można go zostawić w domu samego.

Oddawanie dzieci do adopcji pedałom i lesbom uważam za krok społeczeństwa ku przepaści. Nic dobrego z tego nie wyjdzie.

Zimno

Luck dostał poradę prawną na temat listu od  paniusi, którą wywaliliśmy. Podobno racja jest po naszej stronie i pani może spadać na bambus. Wypowiedzenie jest ważne.

Aktualizuję informacje i cholera mnie bierze. Żebyśmy mogli być zawsze na bieżąco musiałabym się zajmować właściwie wyłącznie tym. A gdzie reszta ?

I gdzie do cholery jest wiosna ??? Wolałabym 40-stopniowe upały i porządną burzę codziennie niż takie beznadziejne zimno.

Czytam

Zaczęłam wreszcie czytać kolejną książkę  Mary Roach, tym razem o astronautach. O chorobie lokomocyjnej w kosmosie (ludzie rzygają jak koty), o stanie euforii po wyjściu w skafandrze na orbitę. O szympanso-nautach. Jestem w połowie książki, ale polecam.

W weekend kosztem połowy nieprzespanej nocy przeczytałam 18-tą część z serii o Stephanie Plum. Zaczyna się ciekawie. Stephanie wraca z wakacji na Hawajach zaplanowanych pod koniec poprzedniej części. Wraca sama i wcześniej niż planowała, a na palcu ma nieopalony ślad po pierścionku/obrączce i wywołuje tym falę plotek o potajemnym ślubie. I nie chce o tym rozmawiać. Potem akcja trochę traci tempo. Mimo, że obydwaj jej faceci są porozbijani jak po wypadku samochodowym wyjaśnienie okazuje się mało porywające. Lula jak zawsze trzyma poziom i biega z wyrzutnią rakietową, a babka chce robić karierę w zespole rockowym.

Też polecam. Wciąga.

Geny geny

Trzy lata temu, kiedy urodził się ten gówniarz ułożyłam mu horoskop. Wynikało z niego, że ze swoją matką się nie dogada, lepszy kontakt będzie miał z babcią, a tak w ogóle najwięcej będzie miał wspólnego ze mną. Jest jeszcze mały, dużo się zmieni, ale co jakiś czas coś się pojawia. Wyłapaliśmy niechęć do orzechów włoskich i stopy jak klocki. Klnie jak szewc (to akurat normalne w tym wieku). Ciekawe czy też nabierze wstrętu do golfów i szalików.

 

Previous Older Entries

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.